Przejdź do głównej zawartości

Atak włosomaniactwa

Ponieważ post z moimi dylematami włosowymi cieszył się dużą (oczywiście jak na tego bloga ;-) popularnością postanowiłam podzielić się z Wami jeszcze jedną włosową historią. I wyznaniem. Podejrzewam u siebie początki włosomaniactwa. Pierwszy atak tej przypadłości miałam wiele wiele lat temu  - w czasach liceum. Nie było wtedy w sklepach tylu kosmetyków do włosów, a balsam czy farbę kupowało się u Ruskich na rynku. Ten balsam - pamiętam do dzisiaj - pięknie pachniał różami. To jak działał nie zapadło mi w pamięć. Stosowałam płukanki ziołowe i tu dużo wkładu miała moja Mama, która mi te zioła gotowała. A potem aplikowała na umyte w włosy. Włosy podcinałam bardzo rzadko i bardzo często sama i prawie osiągnęłam wymarzoną długość do pasa, jednak końcówki były suche i połamane. Potem już podcinałam je częściej, czasem wręcz je obcinałam i już nigdy nie udało mi się osiągnąć takiej długości. 

Obecny atak włosomaniactwa zaczął się od przeczytania na blogu Pani La Mome o jej pielęgnacji i wejściu na blog Anwen - prawdziwej włosomaniaczki! Potem kupiłam olej do włosów i zaczęłam pić napar ze skrzypu polnego i pokrzywy. Na początku grudnia podcięłam też dość solidnie włosy.

z lewej: włosy na początku grudnia tuż po podcięciu, z prawej - stan aktualny*.
 Oba zdjęcia robione po umyciu włosów. Mają one wtedy tendencję do puszenia się.

Co używam - olej Himalaya przed myciem, szampon (zakupiony jeszcze przed atakiem włosomaniactwa), po myciu odżywka Altera (do spłukiwania) i mgiełka wzmacniająca Radical. Przez pierwszy miesiąc dość regularnie piłam napar ze skrzypu i pokrzywy. Serum do końcówek to  nowy, jeszcze nie przetestowany, nabytek.


* kolejne zdjęcia postaram się robić w tym samym sweterku, żeby można było ocenić przyrost ;-)

Komentarze

  1. He... ja właśnie nie wiem czy się nie zaraziłam... dopiero co nabyłam skrzypowe witaminy popijam herbatkę skrzypowo-pokrzywową, planuję zakup szamponu z czarnej rzepy oraz Radicala... moje włowy obecnie mają długość, no chyba nie skłamię jak powiem 2cm...
    Całe świadome życie miałam włosy przynajmniej do łopatek a w LO do pasa... potem systematycznie skracałam aż doszło do tego co mam teraz na głowie.
    i mój dylemat zapuszczać czy nie leży w kwestii pasującej fryzury bo kurcze w krótkich mi dobrze ale długie dodają młodzieńczej nonszalancji a ja ostatnio czuję, że się starzeję... a znów we włosach do ramion wyglądam fatalnie a chcąc zapuścić będę musiała przez to przejść
    I co ja mam zrobić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście długość do ramion jest najtrudniejsza, ale zawsze można wtedy włosy związywać w mikro kitkę. Ja tak sobie radziłam, gdy zapuszczałam. Pozapuszczaj - a obciąć zawsze można (jak np. Cię trafi i już nie zdzierżysz długości do ramion ;-)

      Usuń
  2. Ojjj..moje włosy też by się strasznie cieszyły, gdybym im zafundowała takie długoterminowe SPA ;) Muszę się zmobilizować, bo Twój efekt jest widoczny i świetny... A ja nienawidzę puszenia się włosów :/ A sweterki koci i kokardkowy są super! :) Pozdrowionka! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Spróbuj! Ja wcale nie wkładam w tą pielęgnację dużo czasu ani pracy. U mnie puszenie na szczęscie po paru godzinach przechodzi - a że zwykle myję włosy wieczorem - rano są już "normalne", chociaż czasem nieco "przyklepane".

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Follow by Email

Popularne posty z tego bloga

Jak zmniejszyć dekolt bluzki i dopasować spodnie w pasie

Zpagetti

TUSAL październik i moje nowe sukulenty